poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Moja wizyta w Gdyni cz. 2: Gdzie jadłam, czyli mały przegląd kulinarny

Co warto zjeść w Gdyni? Taki pytanie zadałam Panu Google, kiedy robiłam research dotyczący knajp w Gdyni. Dla mnie wizyta w jakimś mieście nie kończy się na zwiedzaniu miasta, w planie wyjazdu muszą znaleźć się miejsca, które "podobno" serwują pyszne jedzenie. Tak było i tym razem. Szukając lokalów w Gdyni nie trudno było zauważyć, że niektóre z nich powtarzają się bardzo często, co sprawia, że zaczynasz myśleć "o tak, to jest miejsce, w którym dobrze zjem". Zapisałam na kartce te, które uważałam za najlepsze i pokazałam je Sośnie.
Nie mogę tego wpisu nazwać "Co warto zjeść w Gdyni", czy "co polecam zjeść w Gdyni", bo po pierwsze zdarzyły się niestety miejsca, które mnie zawiodły, po drugie, nie jestem krytykiem kulinarnym i to, że nie smakowało coś mnie nie musi oznaczać, że nie będzie smakować również Tobie. Chcę opisać swoje wrażenia i być może odrobinę podpowiedzieć Ci, czego możesz się spodziewać, nic więcej. Resztę zostawiam Tobie;)
Postanowiłam, że opiszę knajpy w porządku odwiedzania ich, od tej, w której byliśmy na początku do tej na końcu. W zestawieniu znajdą się również dwa miejsca w Sopocie, w którym byliśmy na wycieczce.

1. Lavenda cafe galeria
ul. Starowiejska 11, Gdynia


Z tym miejscem miałam związane wielkie nadzieje. Naczytałam się mnóstwo pozytywnych opinii o bardzo smacznej kuchni, przytulnym wnętrzu i świetnym klimacie. Pierwsze wrażenie było dosyć pozytywne, przede wszystkim po zobaczeniu wielkiego cyrkowego roweru w witrynie okiennej, który zachęcał do wejścia do środka. Sam lokal urządzony jest w dosyć przytulny sposób, mieszając ze sobą styl rustykalny i nowoczesny. W zasadzie spodobało mi się takie wydanie tego połączenia, ale nie byłam w nim zakochana. Po przejrzeniu menu stwierdziłam, że mam ochotę na gnocchi z ricottą, szpinakiem i domowym pesto, koszt 28 zł. Marcin zmówił makaron w kremowym sosie z pieczarkami i bekonem, koszt 26 zł. Obydwoje zamówiliśmy również lemoniadę, ja z marakui, Marcin z mango.
Kiedy kelnerka przyniosła nam jedzenie byłam lekko zdziwiona, że porcja jest w zasadzie dosyć mała. Wiem, teraz każdy może mi zarzucić, że mogłam zamówić przystawkę i byłoby po sprawie. Otóż nie. Ja dzielę knajpy na te, do których idę, żeby zjeść jedno danie i ewentualnie deser i na te, które wymagają większej i dłuższej celebracji jedzenia. Poza tym jestem świeżo po studiach i, jeśli idę na obiad to liczy się dla mnie jego koszt. W tym wypadku myślałam, że porcja za 28 zł będzie, no cóż o przynajmniej połowę większa.
Gnocchi dla mnie były zbyt rozlazłe, jakby przegotowane. Zdecydowanie wolę, kiedy kluseczki są jędrne i lekko twardawe. Pesto było dosyć smaczne, ale lekko niedoprawione, czegoś było w nim za mało,  nadzienia z ricotty było niewiele, choć było smaczne. Poza tym na talerzu znalazłam parę kawałków szpinaku i może 3 pomidorki koktajlowe. Wszystko podane w pięknych, wielkich talerzach, jak to przystało podawać małe porcje. Makaron Marcina był w moim mniemaniu w ogóle niedoprawiony a bekon okazał się być małymi kawałkami miękkiego boczku, który nigdy chyba nie otarł się o patelnię. Lemoniady okazały się być zwykłymi sokami z kartonu podawanymi z kostkami lodu. Za 12 zł oczekiwałam czegoś zdecydowanie innego.
Niestety wyszłam zawiedziona i przede wszystkim niedojedzona. Niestety zdjęcia jedzenia są nieczytelne, musiałam zrobić je swoim aparatem w telefonie, który nie radzi sobie z półmrokiem.


2. Mikroklimat
Abrahama 26, Gdynia


To miejsce zauroczyło mnie przede wszystkim wnętrzem, Kiedy zobaczyłam zdjęcia ze środka, od razu wiedziałam, że koniecznie musimy tam iść. Samo wnętrze, jak dla mnie jest świetne, minimalistyczne, nieprzekombinowane z odrobiną przekory. Uwielbiam takie miejsca, gdzie czuje się trochę, jak w miejscu, w którym powstaje sztuka, ale taka nienachalna, nieskomplikowana. W mikroklimacie jadłam wiele rzeczy, sama zamówiłam mus czekoladowy z malinami i mus z masłem orzechowym i solonym karmelem. Marcin zamówił ponadto bezę, a Paulina panna cottę. Mus czekoladowy nie był zbyt słodki, maliny dobrze podkreślały jego smak, ale było ich odrobinę za masło. Mus z masłem orzechowym i solonym karmelem był totalnym przeciwieństwem- bardzo słodki, ale też bardzo smaczny. Niestety masło orzechowe było minimalnie wyczuwalne, a karmel (raczej kajmak) zawierał małą ilość soli. Gdyby tych dwóch składników było troszkę więcej, byłoby idealnie. Beza była najprawdziwszą domową bezą, bardzo smaczną, ale znowu ilość malin w cieście niestety nie powałała. Przyznam jednak, że sam jej smak wynagradzał tą małą ilość owoców. Panna cotta od Pauliny była barrrdzo słodka, ale smaczna- dla łasuchów idealna. W mikroklimacie piłam również najlepszą frappe, jaką dane było mi spróbować- jest bardzo gęsta, niesłodka i piana, która tworzy się podczas miksowania kawy jest obłędna. Koniecznie, koniecznie trzeba jej spróbować!









3. Śródmieście
ul. Mściwoja 9, Gdynia


To podobno jest już miejsce kultowe w Gdyni. "Najlepsze burgery? Tylko w Śródmieściu!". Nie mogliśmy nie przegapić tego miejsca na naszej jedzeniowej mapie. W śródmieściu byliśmy razem z Agatą i Pauliną, więc opinii mogło być co niemiara. Wprawdzie usiedliśmy na zewnątrz, ale lokal urządzony jest w takim stylu, jaki lubię: nie za dużo, ale ze sporą dozą dizajnu. Ściany są czarne lub pokryte cegłą, bez zbędnych dodatków. Wielki napis "Śródmieście" totalnie wystarczy. Połączenie cegły, drewna i czarnego koloru broni się samo, więc wnętrze, jak najbardziej na plus.
Byłam w "Śródmieściu" po raz pierwszy, więc stwierdziłam, że należy spróbować klasyki. Za 22 zł dostałam ogromnego burgera, ogromną porcję frytek i dwa sosy. Burger sam w sobie był bardzo smaczny, bułka była miękka i nie wysuszona, dodatki świeże. Niestety mięso okazało się być well done a prosiłam o medium. Dla mnie well done jest już za suche i to trochę zepsuło cały zachwyt nad burgerem. Muszę jednak przyznać, że sam burger był zacny, nawet z tym małym mięsnym szczegółem. Myślę, że gdybym dostała średnio wysmażone mięso, mogłabym stwierdzić, że to najlepsze burgery, jakie jadłam. I frytki- mistrz jednym słowem.
Uważam, że dostaniecie tutaj świetnego burgera za naprawdę niewielką cenę. Za tak wielką porcję, której ja nie dojadłam, bo już nie potrafiłam zmieścić w sobie wszystkich frytek, myślę, że będziecie bardzo zadowoleni.

4. Mąka i kawa
ul. Świętojańska 65, Gdynia


O tym miejscu usłyszeliśmy od znajomych. "Warto iść, bo dobra i tania pizza". Tak też zrobiliśmy. Nie jest to duży lokal, urządzony w bardzo klasyczny, lekko włoski sposób. W środku jest dosyć gorąco ze względu na piec do pizzy, który ulokowany jest od razu za kasą. Usiedliśmy więc na zewnątrz. Ulica Świętojańska nie jest zbyt cichym miejscem, dlatego raczej nie można było spokojnie posiedzieć, ponieważ gwar ulicy trochę zakłócał własne myśli. Uważam jednak, że takie było zamierzenie, ma być szybko tanio i smacznie.
Zamówiłam pizzę z czarnymi oliwkami i karczochami, Marcin z mascarpone, salami i szpinakiem. Wszystkie składniki były w porządku, karczochy były ze słoika, ale raczej nie oczekiwałam świeżych. Sama wielkość pizzy dla mnie była wystarczająca, ale wiem, że Marcin zjadłby jeszcze parę kawałków. Pizza sama w sobie była smaczna, nie przekombinowana i to na wielki plus. Osobiście wolę jednak pizze na troszkę grubszym cieście, co mnie lekko zdziwiło, kiedy dostałam pizzę, ponieważ na zdjęciach wyglądała jednak na trochę grubszą. Myślę jednak, że na pewno wróciłabym tam ponownie, niezależnie od moich upodobań do grubości ciasta pizza była naprawdę dobra.


5. Lodziarnie Miło mi i Słony karmel
Miło mi: ul Świętojańska 81/2, al. Zwycięstwa 245/3 lub budka przy restauracji Trafik przy skwerze Kościuszki 10, Gdynia
Słony karmel: ul. 10 Lutego 6, Gdynia


Lody to ta część deserów, które mogłabym jeść na okrągło, dlatego nie mogłam sobie odpuścić, żeby nie spróbować lodów w tych dwóch lodziarniach. Z lodami jest tak, że ile ludzi, tyle zdań. Ja uważam, że i w Miło mi i w Solonym karmelu można zjeść dobre lody. W Miło mi jadłam solony karmel i cynamon, a także spróbowałam lodów szpinakowych z bananem (petarda jak dla mnie!). Myślałam, że zestawienie słonego karmelu i cynamonu pasuje do siebie, jednak lody karmelowe były bardzo słone i trochę psuły mi smak cynamonu. W Słonym karmelu jadłam oreo i kokosowe z ananasem i uważam, że te drugie mogą stać się moimi ulubionymi w to lato. Kokos jest cudownie wyczuwalny i razem z ananasem tworzą spójną całość, która mnie zachwyciła. Oreo były również bardzo smaczne z dużymi kawałkami ciasteczek. W obydwu lodziarniach są bardzo smaczne rożki, niezbyt słodkie, ale chrupiące z niewyczuwalnym smakiem mąki (tak, jadłam kiedyś takie rożki, które smakowały jak kleik z mąki i wody...). Miałam okazję spróbować również solonego karmelu w Słonym karmelu i muszę przyznać, że jednak bardziej mi smakowały niż w Miło Mi. Podsumowując uważam, że każda z lodziarni ma swoje lepsze smaki i do każdej warto się wybrać.



ul. Jerzego Waszyngtona 21, Gdynia


Szukając kawiarni i cukierni, które serwują dobre desery, bardzo często natrafialiśmy na Dom czekolady. Nazwa chwytliwa, osobiście kocham czekoladę więc nie trzeba było mnie długo zachęcać. Wybraliśmy się tam w gorący dzień, chętni na naprawdę coś dobrego. Wnętrze było dosyć ładne (jeden taki fotel na pewno przygarnęłabym do domu), ale raczej nie w moim stylu, trochę zbyt ciężko. Marcin zamówił tort z musem czekoladowym i brandy ja tartę migdałową z malinami i bezą. Torcik Marcina wyglądał bardzo przyjemnie, był smaczny, z wyczuwalnym aromatem alkoholu i, jak na prawdziwy mus przystało, był dosyć zapychający. Moja tarta nie wyglądała najpiękniej, dostałam rozleciały kawałek tarty, na którym widziałam jedynie trochę bezy i gałkę lodów czekoladowych, reszta oblana była sosem. Tarta była dosyć słodka, ale nadzienie malinowe lekko równoważyło smak. Niestety spód tarty był kompletnie rozmiękły i właściwie w ogóle go nie czułam. Myślę, że ciasto mogłoby być przepyszne, ale trochę było wszystkiego za dużo. No i ten nieszczęsny spód. Myślę, że wróciłabym tam jeszcze, żeby spróbować czegoś innego.

ul. Świętojańska 30, Gdynia


Z tym miejscem wiązałam ogromne nadzieje. Słyszałam mnóstwo zachwytów i poleceń, żeby wybrać się przede wszystkim na śniadanie. Samo wnętrze jest bardzo ładne, trochę industrialne, ale drewniane meble i dodatki sprawiają, że robi się przytulnie i mamy ochotę pobyć tutaj trochę dłużej. Restauracja twierdzi, że całe pieczywo jest wypiekane tylko przez nich, więc na samym początku skusiłam się na bajgla z matiasem holenderskim, musztardą francuską i majonezem. Niestety okazało się, że nie ma matiasów. No cóż, pierwszy zawód. Uważam, że jeśli danie jest w stałej karcie i dodatkowo jest nowością, składniki na te dania powinny być zawsze, a jeśli ich nie ma, należy o tym wcześniej wspomnieć gościom. Mój drugi wybór padł na bajgla z pastą z tuńczyka i suszonymi pomidorami. Do picia zamówiłam lemoniadę truskawkową z miętą. Po dosyć długim czekaniu na bajgla w końcu mogliśmy przystąpić do jedzenia. Spełniło się to, co najgorsze. Pieczywo było suche i twarde. Może było i ciepłe, ale na pewno nie dlatego, ze zostało upieczone w nocy lub nad ranem. Byłam bardzo zawiedziona, bo liczyłam na dobrego bajgla. Pasta z tuńczyka była w porządku, ale to pieczywo robi całe danie, nie pasta. Będąc w Warszawie jadłam bajgla w Bułkę przez Bibułkę i smak był nie do porównania. Warszawski bajgiel chrupał w ustach, był mięciutki i nie sprawiał wrażenia, jakbyśmy jedli gumę. Za tą samą cenę dostałam w Warszawie ogromną porcję a tutaj jedynie średniej wielkości bajgla. Byłam bardzo rozczarowana, niestety. Lemoniada też nie była wybitna, zbytnio rozwodniona i sprawiająca wrażenie, jakbym piła wodę z sokiem truskawkowym. Dosyć przykro było mi mówić naprawdę miłej obsłudze, że niestety ale bajgiel był za suchy. Nie oznacza to jednak, że nie dałabym tej knajpie drugiej szansy, może inny rodzaj pieczywa albo Moment na górze sprawiły, że zmieniłabym zdanie. Jak na razie- odradzam bajgle. 






8. Przystanek
ul. Świętojańska 56, Gdynia


To było miejsce, do którego trafiliśmy przez przypadek. To był nasz ostatni dzień podczas pobytu w Gdyni i chcieliśmy zjeść coś dobrego przed wyjazdem. Nie mieliśmy dużo czasu, ale postanowiliśmy iść do Pasta Miasta, który przyciągał fajnym logo i zapewnieniem, że wszystkie makarony robią na miejscu. Niestety lokal otwierał się dopiero o godzinie 12, a my nie mogliśmy czekać. Poszliśmy kawałek w górę ulicy i trafiliśmy na Przystanek. Powiem tak, wnętrze- mistrz. Świetnie wykorzystana mała przestrzeń z cudownym napisem "Przystanek" na suficie. Ściana z latarnią wygląda świetnie i spaja całość tak, że masz ochotę robić mnóstwo zdjęć i nie przestawać. Lokal ten postawił na jeden rodzaj dania- tortille. Do wyboru mamy różnego rodzaju tortille, od warzywnych, przez mięsne po azjatyckie. Ja wybrałam azjatycką z marchewką, porem, ryżem i kurczakiem w sosie ostrygowym. Marcin wybrał z wołowiną, fasolą, cebulą i salsą verde. Na danie nie czekaliśmy długo, w zamian dostaliśmy naprawdę sporą tortillę naładowaną jedzeniem. W międzyczasie zamówiliśmy klasyczną lemoniadę (6 zł!), która okazała się być tą prawdziwą, lekko kwaśną lemoniadą, w której pływają pestki cytryny. Nareszcie dobra lemoniada, pomyślałam. Obydwie tortille były bardzo smaczne i dosyć duże. Tortilla Marcina była naładowana soczystym mięsem, moja miała więcej ryżu niż kurczaka, ale nadal było go sporo. Muszę przyznać, że byłam naprawdę miło zaskoczona, bo obydwie tortille były bardzo smaczne. Moja była jedynie odrobinkę za sucha- myślę, że to przez ten ryż i gdybym dostała trochę sosu, który jest do wyboru w innych propozycjach, byłabym zachwycona tak, jak bardziej się nie da. Nie mniej uważam, że Przystanek należy odwiedzić i nie tylko dobrze zjeść, ale popatrzeć na piękny dizajn miejsca. No i ta lemoniada! Koniecznie do spróbowania;)







9. Tarttoria
ul. Kościuszki 14, Sopot


Wybierając się na wycieczkę do Sopotu, dostaliśmy polecenie, żeby koniecznie zajrzeć do Tarttori, restauracji, która serwuje jedynie tarty, na słono i słodko. Sam lokal wygląda bardzo przyjemnie, czerń połączona z drewnem i minimalizmem, czyli to, co lubię. Do wyboru mamy sporo tart, w jednej witrynie słone, w drugiej słodkie. Przyszliśmy na obiad, więc musieliśmy się obejść smakiem i tylko pooglądać cudownie wyglądające słodkie tarty. Mój wybór padł na tartę curry z kurczakiem i mango, Marcin wybrał tartę z łososiem i koprem włoskim. W zestawie jest również mała miska sałaty z sosem vinegrette. Tarty same w sobie były naprawdę bardzo smaczne, ciasto było kruche i chrupiące (ja miałam ciasto francuskie, które również było przyjemnie chrupiące). Połączenie kurczaka i mango bardzo mi smakowało, więc zjadłam swoją tartę ze smakiem. Tarta Marcina również była smaczna, łosoś nie był suchy i było go bardzo dużo, więc na duży plus. Minusem jest niestety cena. Za mały kawałek tarty należy zapłacić 12 zł, za ćwiartkę 21. tarty mają średnicę raczej 24 cm, więc mnie na obiad ćwiartka tarty nie wystarczy. Gdybym wybrała się tutaj na deser, absolutnie nie narzekałabym, bo kawałek lub ćwiartka w zupełności by wystarczyło, jednak na obiad było trochę za mało. Niemniej tarty są bardzo smaczne i na pewno wróciłabym tutaj ponownie




10. Zatoka sztuki
Aleja F. Mamuszki 14, Sopot


O tym miejscu mówi się, że skoro jesteś w Sopocie, musisz je odwiedzić. Nie będę oceniać jedzenia, ponieważ nic tam nie jadłam, byliśmy na obiedzie we wspomnianej wcześniej Tarttori. Chciałam jednak zobaczyć, jak samo miejsce wygląda i, jaki ma klimat. Samo miejsce ma cudowną lokalizację, z ogródka widzisz horyzont morza a 2 metry obok Twojego stolika jest plaża. Miejsce idealne. W środku jest dziwnie. Niby nowocześnie, ale jednak coś mi nie pasowało, tylko nie jestem w stanie określić co. Z ciekawości zajrzałam do menu i przyznam, że ceny trochę powalają, nie jest tanio. Samo miejsce ma ciekawy klimat, leci przyjemna muzyka i sam fakt jedzenia czy picia piwa nad samym morzem ogromnie zachęca. W powietrzu wisi jednak zapach hipsteriady i poczucia, że powinno się tu być, bo jest modnie. Myślę, że wyglądałam dosyć zabawnie z piwem, gdzie na stoliku obok stała pusta butelka po zapewne drogim szampanie, a przed nami młodzi panowie sączyli Jacka Danielsa o godzinie 15:00, patrząc na pozostałych gości z lekką dezaprobatą.





W Gdyni zostało jeszcze parę miejsc, do których chcieliśmy wejść, jednak zabrakło czasu. Jeśli znów będę w Gdyni na pewno zajrzę do Czerwonego pieca, Maliki czy Pasta miasta. Na razie jednak pozostają trochę mieszane uczucia, mam wrażenie, że im ładniejsze wnętrze, tym gorsze jedzenie (Przystanek jest wyjątkiem). Może to tylko takie wrażenie, a może dzisiaj bardziej liczy się wygląd niż jedzenie?

6 komentarzy:

  1. Dlatego w barach mlecznych jest takie dobre jedzonko ^^
    Fajna recenzja, na pewno przyda się dla odwiedzających :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna rozpiska! Przydałoby się w końcu odwiedzić Gdynię, bo jeszcze nigdy nie byłam :) A taka ściągawka gdzie, co można zjeść dobrego (lub nie :P) na pewno się przyda :)

    OdpowiedzUsuń
  3. aleś zwiedziła! Miejsce bardzo klimatyczne, mnie się podoba, ale tak jak mówisz- nie każdemu wszystko musi smakować :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne miejsca, taki przewodnik jest bardzo przydatny :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ależ obszerna recenzja :) Widzę, że jednego dnia nie warto planować, minimum trzy. Zdjęcia świetne.
    Pozdrawiam
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  6. Muszę się wczytać,bo na chwilę obecną tylko foty obejrzałam-fajna sprawa:)

    OdpowiedzUsuń

Jest mi bardzo miło za każdym razem, kiedy wyrazisz swoją opinię: )

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...